Twe drzwi niech będą gościnne, gdy je otworzę znienacka,
A potem zamrą i ścichną. I oto stanie się schadzka.

Twe ręce niech będą dobre i niechaj mi się nie bronią,
Gdy zechcę po nich przepełznąć gorącą łaknącą dłonią.

Twe usta niech nic nie mówią dla pieszczot rozwarte czujnie,
Bym je milczeniem dwojakim mógł oszołomić podwójnie.

I nic ci nigdy nie powiem w nienasyceniu malignie,
I niech twe ciało powolne z daleka ode mnie stygnie.

Twe drzwi niech będą mi wierne, gdy je odejściem zasmucę,
Choć nic ci nigdy nie powiem i nigdy już nie powrócę.


Gdzie dawniej źrenicami oświecane twemi
Kwiaty wschodziły godne archanielskiej skroni,
Potem rwałem ci bukiet na tej samej błoni,
Pomieszany z piołunem, z wierzby płaczącemi.

Kiedy ją chwast i blekot na zawsze zaciemi,
Żaden się czysty kwiatek na niej nie zapłoni;
I wtenczas bukiet przyjmij: nie godzien twej dłoni,
Lecz zrósł na poświęconej twym pobytem ziemi.

Ach! podobne me serce do owej krainy:
Niegdyś bliskie twych piersi, w młodzieńczej ozdobie
Niosło ci piękne czucia i szlachetne czyny.

Dziś występne, niestety, szle ze swojej winy,
Choć dla drugich w szalonej cierpiało chorobie;
Nie gardź nim! było kiedyś poświęcone tobie.