Jako kiedy przy gmachu słoneczne promienie
Wdzierają się przez ściany między czarne cienie,
Wiją się proszki drobne, dzieci je zławiają
Do garści dla korzyści, aż wiatr w zysku mają
Tak promień, pani, twego ozdobnego lica
Wkradł się w serce, chciwego wpuściła źrenica
A sen, dzieciom podobny, już temu nieblisko,
Stroi ze mną tęskliwym dziecinne igrzysko:
[Śniłem], miła, że cię mam, aż mię ktoś obudzi -
Sen z oczu, a ty z łoża; sen mię, zdrajca, łudzi!
Nie rań mi więcej serca, bo to w twojej ręce
Wyjawić ten miły sen, dać pociechę męce.
Rozchodzą się z dżamidów pobożni mieszkańce,
Odgłos izanu w cichym gubi się wieczorze,
Zawstydziło się licem rubinowym zorze,
Srebrny król nocy dąży spocząć przy kochance.
Błyszczą w haremie niebios wieczne gwiazd kagańce,
Śród nich po safirowym żegluje przestworze
Jeden obłok, jak senny łabędź na jeziorze:
Pierś ma białą, a złotem malowane krańce.
Tu cień pada z menaru i wierzchu cyprysa,
Dalej czernią się kołem olbrzymy granitu,
Jak szatany siedzące w dywanie Eblisa.
Pod namiotem ciemności; niekiedy z ich szczytu
Budzi się błyskawica i pędem Farysa
Przelatuje milczące pustynie błękitu.
Do Samotności
Samotności! do ciebie biegnę jak do wody
Z codziennych życia upałów;
Z jakąż rozkoszą padam w jasne, czyste chłody
Twych niezgłębionych kryształów.