Gdzie dawniej źrenicami oświecane twemi
Kwiaty wschodziły godne archanielskiej skroni,
Potem rwałem ci bukiet na tej samej błoni,
Pomieszany z piołunem, z wierzby płaczącemi.

Kiedy ją chwast i blekot na zawsze zaciemi,
Żaden się czysty kwiatek na niej nie zapłoni;
I wtenczas bukiet przyjmij: nie godzien twej dłoni,
Lecz zrósł na poświęconej twym pobytem ziemi.

Ach! podobne me serce do owej krainy:
Niegdyś bliskie twych piersi, w młodzieńczej ozdobie
Niosło ci piękne czucia i szlachetne czyny.

Dziś występne, niestety, szle ze swojej winy,
Choć dla drugich w szalonej cierpiało chorobie;
Nie gardź nim! było kiedyś poświęcone tobie.


Moja pieszczotka, gdy w wesołej chwili
Pocznie szczebiotać i kwilić, i gruchać,
Tak mile grucha, szczebioce i kwili,
Że nie chcąc słówka żadnego postradać
Nie śmiem przerywać, nie śmiem, nie śmiem odpowiadać
I tylko chciałbym słuchać, słuchać, słuchać.

Lecz mowy żywość gdy oczki zapali
I pocznie mocniej jagody różować,
Perłowe ząbki błysną śród korali;
Ach! wtenczas śmielej w oczęta spoglądam,
Usta pomykam i słuchać nie żądam,
Tylko całować, całować, całować.