Gdy sam na sam z tobą siedzę,
Nie mam czasu o nic pytać:
Patrzę w oczy, ustek śledzę,
Chciałbym wszystkie myśli czytać
Wprzód, nim w oczętach zaświecą;
Chciałbym wszystkie słówka chwytać
Wprzód, nim od ustek odlecą;
I nie potrzeba tłumaczyć,
Co chcę słyszeć, co zobaczyć.
Rzecz nietrudna i nienowa,
Moja luba! te dwa słowa:
Kochamciebie,kochamciebie.
Innego nie chcę widoku,
Kiedy z tobą będę w niebie;
Tylko niech te dwa wyrazy,
Napisane w twoim oku,
Odbite po tysiąc razy
Widzę wszędzie wkoło siebie.
I innej muzyki w niebie
Nie chcę od wschodu jutrzenki
Słyszeć do zachodu słońca;
Kochamciebie,kochamciebie.
Dość mnie tej jednej piosenki
Z waryjacjami bez końca.
Gdzie dawniej źrenicami oświecane twemi
Kwiaty wschodziły godne archanielskiej skroni,
Potem rwałem ci bukiet na tej samej błoni,
Pomieszany z piołunem, z wierzby płaczącemi.
Kiedy ją chwast i blekot na zawsze zaciemi,
Żaden się czysty kwiatek na niej nie zapłoni;
I wtenczas bukiet przyjmij: nie godzien twej dłoni,
Lecz zrósł na poświęconej twym pobytem ziemi.
Ach! podobne me serce do owej krainy:
Niegdyś bliskie twych piersi, w młodzieńczej ozdobie
Niosło ci piękne czucia i szlachetne czyny.
Dziś występne, niestety, szle ze swojej winy,
Choć dla drugich w szalonej cierpiało chorobie;
Nie gardź nim! było kiedyś poświęcone tobie.
Do Samotności
Samotności! do ciebie biegnę jak do wody
Z codziennych życia upałów;
Z jakąż rozkoszą padam w jasne, czyste chłody
Twych niezgłębionych kryształów.